piątek, 31 października 2014

7. październikowe nowości



W październiku zaczęły się studia, zaczęły się więc też zakupy. Bo a to na pocieszenie tusz do rzęs, a to szampon, o lakierach do paznokci już nawet nie wspomnę. Kolekcja rośnie, a okazji na pocieszacze przybywa i przybywa.
Jako że październik już się dzisiaj kończy, to pokażę Wam kosmetyczne nowości, które ostatnio zagościły w mojej kosmetyczce. Część z konieczności, część na spróbowanie.. O każdym postaram się napisać parę słów. A więc... zaczynamy! :)




Na pierwszy ogień idzie nasz stały bywalec, czyli dezodorant Rexona. Przeszłam chyba przez wszelkie możliwe warianty, zapachy... Ten jest najbardziej trwały. Dusi koszmarnie po rozpyleniu, ale przynajmniej spełnia swoje zadanie. Nie zostawia białych plam na ubraniach i nie ma intensywnego zapachu. Zazwyczaj kupuję go za 6-9zł.




Teraz nowość - szampon od Garniera, czyli pomarańczowy Goodbye Damage. Pięknie pachnie, włosy są miękkie, sypkie i błyszczące. Nie obciąża włosów, łatwo się spłukuje. Kupiłam go właśnie w celach pocieszających, ale zostanę przy nim na dłużej. Cena - 9,90zł.




Kolej na fluidy. Ten zakupiłam jako pierwszy - matujący fluid ochronny z biedronkowej linii BeBeauty. Krycie słabe, najjaśniejszy kolor jest dla mnie wciąż za ciemny, ale trzeba mu przyznać, że nie robi ze mnie trupiobladej wiedźmy i za to należy mu się plus. Delikatnie wyrównuje koloryt skóry i sprawia, że wygląda na muśniętą słońcem. Nie wysusza. Polecam dziewczynom, które nie mają problemów z cerą i szukają jedynie bazy pod makijaż. Kupiłam go za 7zł w promocji.




Następny biedronkowy zakup - krem BB z Under Twenty. Co prawda już od dawna nie jestem nastolatką, ale krem nie sprawuje się najgorzej. Ma idealny kolor. Jasny, ale nie wpadający w żółty - idealnie do mnie pasuje. Na początku nakładania lekko się marze, jakby nigdy miał się nie wtopić w skórę. Na szczęście tak się nie dzieje. Krycie średnie, nawilżenie w normie. Działania przeciwtrądzikowego nie zauważyłam, ale stosowałam go zaledwie kilka razy. Idealny na lekki, dzienny makijaż. Zapłaciłam za niego 9,90zł.




Następny lakier do kolekcji. Jestem zdecydowanie uzależniona, ale.. spójrzcie na ten kolor! Piękny, głęboki niebieski, lekko przytłumiony - zachwycił mnie od pierwszego wejrzenia. Dwie warstwy zapewniają niezłe krycie. W połączeniu z odżywką 9w1 Eveline jako bazą i topem manicure utrzymał mi się cały tydzień. Niezły wynik jak na lakier za 5zł. Zdecydowanie polecam.



Na koniec - tusz do rzęs Maybelline the Colossal Volum' 100% black. Rozczarowana scandaleyes'em wyruszyłam na poszukiwania nowej maskary. Czytałam opinie w internecie, na forach, blogach.. Wtedy wpadła mi w ręce gazetka Rossmanna, a tam ten oto tusz w promocji za 19,90zł. Wysłałam więc Mamę na zakupy i tak żółtek trafił w moje ręce. Pięknie rozdziela, wydłuża i podkręca rzęsy. Naprawdę nie spodziewałam się takiego efektu, ale to zasługa szczoteczki - idealna! Pogrubienie przeciętne, ale dzięki temu makijaż nie wygląda teatralnie. Jedyną wadą jest to, że po jakimś czasie odbija mi się na dolnej powiece. Zrzucam to jednak póki co na warunki atmosferyczne i daję mu kredyt zaufania.



To tyle z moich październikowych nowości. Na następny post planowałam przedstawić Wam mój projekt D.E.N.K.O, ale w czwartek wieczór kurier zaskoczył mnie paczką - niespodzianką i to jej poświęcę kolejną notkę. Mam nadzieję, że wpadniecie i przeczytacie! :)

sobota, 25 października 2014

6. soczewki kontaktowe Acuvue Oasys Johnson&Johnson




Era telewizorów, komputerów, smartfonów otworzyła nam z pewnością nowe okno na świat. Jednocześnie zamyka nam jednak inne - to nasze własne. Oglądamy, pracujemy, piszemy, a nasz wzrok ubolewa i cierpi. Na początku przybywało okularników, wady zaczęły pojawiać się u coraz to młodszych dzieci wychowanych na telewizji i grach komputerowych. Potem tendencja zaczęła się odwracać. Ale czy aby na pewno? Nic bardziej mylnego, okularnicy po prostu zaczęli się sprytnie maskować. Pomógł im w tym bum na soczewki kontaktowe. Najpierw szklane, niewygodne, a potem coraz to nowocześniejsze szła z tworzyw sztucznych.




Sama jestem zakontaktowana od prawie 8 lat. Aż ciężko mi uwierzyć, ale niestety - wiek nie kłamie ;) Jestem krótkowidzem, wadę odziedziczyłam po Tacie, ujawniła mi się koło 10 roku życia, czyli grubo przed nowoczesnymi sprzętami i elektroniką. Zawsze nosiłam okulary. Zrezygnowałam z nich, gdy założyłam aparat ortodontyczny - jeden "wspomagacz" w zupełności mi wystarczał, byłam nastolatką, kompleksy rosły.. Same rozumiecie. Wtedy zdecydowałam się zaryzykować z soczewkami.




Padło wtedy na Acuvue Advance. Pan Hilary ma z nimi umowę, skorzystałam więc z wizyty połączonej - dobór soczewek przez lekarza + opakowanie 6szt. Wtedy taki komplet kosztował 100zł, nie mam pojęcia jakie ceny są obecnie, bo soczewki już od dawna kupuję przez internet.
Czas mijał, technologie się rozwijały i pojawił się godny następca Advance - Acuvue Oasys, czyli soczewki, z których korzystam do dziś. Kiedy zaczynałam swoją przygodę z kontaktami Advance były soczewkami miesięcznymi, na 4 tygodnie. Nawet świeżaki Oasys były przez pewien czas przeznaczone do stosowania przez 30 dni. Potem niestety firma zadecydowała, że okres użytkowania powinien zostać zmieniony na 2 tygodnie. Nie mam pojęcia czy skłoniły ich do tego wyniki badań, czy oszczędność i chęć większego zysku... Myślę, że odpowiedź na to znają tylko w Johnson&Johnson.
Ja w każdym razie nadal stosuję jedną parę przez miesiąc, nie lubię bowiem, jak ktoś ewidentnie próbuje robić mnie w bambuko. Oczywiście nie trzymam się sztywno 30 dni, jak komfort noszenia drastycznie spada, wymieniam parę na nową. Jak już wspomniałam wcześniej soczewki kupuję przez internet, zazwyczaj na alesoczewki. Nowe opakowania kupuję albo w zestawie z płynem, dzięki czemu mam darmową wysyłkę, albo w okresach promocji. Dodatkowo cenię sobie program lojalnościowy, dzięki któremu mam moje hipcie i świnki ;)




Z racji rosnącej wiedzy i świadomości staram się obecnie ograniczać używanie soczewek. Coraz częściej sięgam po okulary lub trenuję wzrok i czytam bez. Zauważyłam, że soczewki coraz szybciej się "zużywają" i komfort noszenia obniża się coraz wcześniej. Ubolewam nad tym, bo naprawdę ceniłam sobie soczewki Johnson&Johnson. Nadal je kupuję, ale gdy jakość będzie ciągle spadać, zacznę szukać lepszego zamiennika. Uważam, że firma powinna poważnie się zastanowić nad kolejnymi krokami, zanim grono klientów znacząco się uszczupli.
Raz postanowiłam zdradzić moje Oasys z bardzo zachwalanymi Biofinity z Cooper Vision. Dorwałam je w promocji, ale niestety bardzo mnie rozczarowały. Są za duże (za duża średnica), przeszkadzały mi i cały czas czułam je na oku. Niby krzywizna niewiele większa od Oasys, a u mnie zrobiła ogromną różnicę. Poza tym soczewki wysychały dosłownie w sekundę! Nie mam pojęcia czym było to spowodowane, ale raczej takie sytuacje nie powinny mieć miejsca w przypadku soczewek kontaktowych, których reklama opiera się na "niewiarygodnym nawilżeniu".




Mimo wad, ciężko mi soczewek nie polecić. Znacząco poprawiły mi komfort życia, samoocenę w czasach, gdy była na drastycznie niskim poziomie. Soczewki nie parują, nie brudzą, nie zamazują. Nie ma w ich przypadku ograniczonego pola widzenia jedynie do obszaru obejmowanego przez szkła. Teraz jednak zaczynam przekonywać się do okularów. Ze względu na zdrowie i modę ;)




Oświadczam, iż zdjęcia zamieszczone w poście są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich kopiowanie. Jednocześnie informuję, że post nie jest sponsorowany i nie ma charakteru reklamowego. Przedstawiona opinia jest w pełni subiektywna i nienarzucona.


sobota, 18 października 2014

5. gorączka - przyjaciel czy wróg?


Tegoroczna jesień nas póki co rozpieszcza. Słoneczne ciepłe dni, brak mrozów, mgliste poranki... No i te kolory! Naprawdę, nie pamiętam jeszcze takiego pięknego października. Jak dla mnie może być tak do Świąt Bożego Narodzenia, dopiero wtedy mrozy i śnieg i potem od razu wiosna ;) Może to i płonne nadzieje, porządek w przyrodzie w końcu musi być. Dni niedługo będą już bardzo krótkie, temperatura spadnie i.. no właśnie - pojawią się choróbska. Z racji kierunku moich studiów z chorobami powinnam być za pan brat. Wtłaczają nam niesamowite ilości wiedzy o mechanizmach, zapobieganiu, leczeniu... Ale może po kolei ;)



Gorączka jest fizjologicznym stanem naszego organizmu. Tak, dobrze czytacie - fizjologicznym, czyli absolutnie normalnym i pożądanym mimo wszelkich nieprzyjemności. Wszyscy wiemy jak to wygląda - łamie w kościach, gorąco, potem zimno, znowu gorąco, żyć się odechciewa, nawet leżeć w łóżku. Kupujemy tony paracetamolu lub innych leków zbijających temperaturę, zawijamy się w koce i wegetujemy. Chcemy się gorączki jak najszybciej pozbyć - katar zniesiemy, kaszel też, ale ta temperatura? Sio!

A jak to wygląda z drugiej strony? Jako ludzie mamy zdolność utrzymywania stałej temperatury ciała niezależnie od temperatury otoczenia. Miedzy wytwarzaniem i oddawaniem ciepła zachodzi dynamiczna równowaga i organizm jest bardzo wrażliwy już na niewielkie zmiany. W skrócie - nasz organizm ma tzw. set point, czyli preferowana temperaturę ciała, którą intensywnie próbuje utrzymać. W przypadku gorączki wszelkie mechanizmy termoregulacji są całkowicie sprawne, ale ten set point zostaje przestawiony na wyższy poziom. Może nie zwróciliście uwagi, ale w czasie gorączki zachowane są normalne reakcje na zmiany temperatury środowiska czy wysiłek fizyczny, są też dobowe wahania temperatury. 

O powstaniu gorączki decydują tzw. pirogeny, czyli substancje gorączkotwórcze. Występują pirogeny pochodzenia zewnętrznego jak i endogenne. Te pierwsze to np. składowe atakujących nas drobnoustrojów, rożnego rodzaju alergeny, toksyny itp. Ale posiadamy również w naszym organizmie pirogeny wewnętrzne stymulowane przez te wyżej wymienione. Znajdują się one w każdej tkance. Po zaktywowaniu uruchamiają cykl przeróżnych przemian, produkcji innych substancji, aby koniec końców wytworzyć gorączkę.

Na początku, w tzw. okresie wzrostu zaczyna nas trząść. To właśnie pirogeny oddziałują na nasz mózg i oszukują go, że jest nam zimno. Organizm uruchamia mechanizmy oszczędzania ciepła, aż w końcu pojawiają się dreszcze, które mają to ciepło wytworzyć. Oprócz takiej termogenezy drżeniowej pojawia się również termogeneza bezdrżeniowa, która za pomocą wydzielania odpowiednich hormonów też skutkuje wytwarzaniem ciepła. 

Po pewnym czasie, w okresie trwania, gorączka ustala się. Oznacza to, że temperatura naszej krwi osiągnęła ten nowy set point, o którym pisałam wyżej. Bilans cieplny organizmu jest już wyrównany, nie trzęsie nas z zimna. Skóra jest teraz zaczerwieniona, sucha i gorąca.

Teraz część, która mnie osobiście najbardziej zszokowała - podział. Wyróżniamy niniejszym:
- stan podgorączkowy (do 38 stopni!)
- gorączkę niską (38-38,5 stopnia)
- gorączkę umiarkowaną (38,5-39 stopni)
- gorączkę wysoką (39-40 stopni)
- oraz tzw. hiperpireksję (powyżej 41 stopni)



Według podręczników leki przeciwgorączkowe podajemy dopiero po osiągnięciu temperatury ciała wynoszącej 39 stopni. Do tego momentu gorączka jest stanem jak najbardziej pożądanym, zwalczającym infekcję i nie powodującym żadnych szkód w organizmie. Zaleca się, aby wcześniej nie faszerować się zbijaczami temperatury i dać szansę organizmowi na obronienie się samodzielnie. Wiadomo jednak, że istnieją przypadki, gdzie ta temperatura będzie dużo wyższa i zacznie stanowić poważne zagrożenie. Po przekroczeniu 40 stopni w niebezpieczeństwie jest nasz układ nerwowy, obserwuje się utraty świadomości, uszkodzenia tkanek aby powyżej 42 stopni definitywnie wykończyć wszelkie mechanizmy termoregulacji. Wtedy organizm się poddaje, a w mózgu zachodzą nieodwracalne poważne zmiany.



Gdy infekcja zostanie zwalczona lub leki przeciwgorączkowe zaczną działać wchodzimy w okres końcowy - okres zejścia gorączki. Zaczynamy się pocić, oddawać wszelkie nagromadzone wcześniej ciepło. Dla nas jest to oznaka zdrowienia. Naczynia skórne się rozszerzają, dostajemy rumieńców, skóra jest wilgotna i chłodna. Jednym słowem - wracamy do życia ;)

Może jeszcze wystąpić okres epikrytyczny. Ośrodki cieplne w mózgu są jeszcze lekko przewrażliwione, byle pirogen może je pobudzić. W tym okresie występują wahania temperatury. W ciągu dnia jest prawidłowa, czujemy się świetnie, aby pod wieczór znowu zapakować się do łózka.

Mimo tych wszelkich nieprzyjemności i faktu, że ogólnie gorączki nie lubimy, ma ona czasami swoje plusy. Jak już wcześniej wspominałam gorączka umiarkowana jest stanem pożądanym. Powoduje ona wzrost odporności organizmu na zakażenia wirusowe lub bakteryjne. Dzieje się tak dlatego, że w wysokiej temperaturze atakujące nas niewidzialne potwory najzwyczajniej w świecie giną. Pobudzone są też reakcje obronne organizmu, wydzielane są substancje bakteriobójcze, komórki zwalczające infekcję się mobilizują.




Oczywiście nie można też przesadzić. Gorączkę szybko narastającą powyżej 39 stopni lub bardzo długo utrzymującą się trzeba zbijać wszelkimi dostępnymi metodami. Stanowi ona bowiem ogromne obciążenie dla układu krążenia. Na każdy dodatkowy stopień akcja serca rośnie aż o 10-20 na minutę! Białka są niszczone, organizm się zakwasza. Oddech ulega przyspieszeniu. Zaburza się gospodarka wodno-elektrolitowa, działalność przewodu pokarmowego a w najgroźniejszym stadium dochodzi do uszkodzenia mózgu.

Nie da się więc jednoznacznie określić czy gorączka jest wrogiem czy przyjacielem. Ma swoje zalety, ale w skrajnych przypadkach potrafi narobić naprawdę wiele kłopotów. Także na ten zbliżający się okres zachorowań i przeziębień podchodźcie do tego z głową ;) Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i dotarliście do końca. Starałam się wszystko opisać w jak najbardziej przystępny sposób, ale jeśli macie jakieś pytania - piszczie śmiało. Postaram się na wszystkie odpowiedzieć, w miarę moich możliwości oczywiście ;)


A teraz - zdrówka Wam życzę i cieszcie się tymi ciepłymi dniami póki są! :)




Oświadczam, że zamieszczone zdjęcia nie są mojego autorstwa i nie posiadam do nich żadnych praw. Nie wykorzystuję ich w celach zarobkowych. Wszystkie zostały zaczerpnięte z grafiki Google. Jesteś autorem i nie życzysz sobie takiej publikacji? Napisz - zdjęcie od razu zostanie usunięte.



piątek, 10 października 2014

4. Wittchen - czyli dlaczego lubię Lidla.



OPINIA PO ROKU - KONIECZNIE PRZECZYTAJ! Dlaczego 17.10 warto zostać w domu :)


W minioną sobotę dzień rozpoczął się bardzo wcześnie dla wielu polskich kobiet. Otóż w popularnej sieci sklepów Lidl można było nabyć w okazyjnej cenie skórzane torby firmy Wittchen. Jako, że Lidla polubiłam już jakiś czas temu i śledzę regularnie pojawiające się tam promocje, to o całej akcji wiedziałam już w połowie września. Potem emocje zostały skutecznie podkręcone, wystartowały spoty reklamowe, wielkie banery przed sklepami i coraz większe grono osób zacierało ręce z myślą o takiej okazji. Marki Wittchen nie trzeba bowiem nikomu przedstawiać ani opisywać - jakość produktów i wieloletnia tradycja mówią same za siebie.


Pikanterii całemu wydarzeniu dodawał fakt, że mimo sporej ilości przewidzianego asortymentu liczba chętnych znacząco przekroczyła ilość toreb. Od wczesnych godzin porannych ludzie pojawiali się przed sklepami, by przed moim sklepem osiągnąć przed otwarciem liczbę ok. 50 osób. Kolejka była spora, emocje rosły, wybiła 8 i... ruszyli! Logistyczne podejście do sprawy wiele ułatwia - wybrałam przeciwną stronę koszy niż wszyscy, dzięki czemu mogłam przebierać do woli. Oczywiście przez klika sekund. Wiele osób zwęszyło mój podstęp i biegiem ruszyło za mną. Na szczęście udało mi się chwycić torby, którymi byłam zainteresowana i odeszłam na bok oglądać. Na polowanie zabrałam mojego Lubego, jako że w planach był zakup aż 3 toreb (dla mnie, mojej Mamy i Mamy Lubego). Też udało mu się zgarnąć parę sztuk i potem mogliśmy w spokoju decydować. Dla Mamy udało mi się wybrać jedną z dwóch obecnych w sklepie granatowych toreb z długimi rączkami. Nie mam pojęcia, co decydowało o ilości sztuk z danego modelu, ale proporcje były ewidentnie zachwiane. W miarę przeglądania zgarniętych w pośpiechu sztuk ludzie, jak i ja, zaczęli oddawać te, którymi nie byli zainteresowani do koszy lub wymieniać się między sobą. Warto było wziąć kilka sztuk z tego samego fasonu, gdyż tak jak się spodziewałam, niektóre z nich miały wady - zadraśnięta skóra, odbarwienie itp. Zdarza się wszędzie, ale dobrze mieć możliwość wyboru towaru bez defektów. W końcu doszło do największego dylematu - którą z dwóch ostałych się sztuk wybrać. Luby torbę dla swojej Mamy upolował, wybór był jednoznaczny, wiec na placu boju pozostałam tylko ja. W między czasie kosze opustoszały, w sklepie się znacznie uspokoiło, a kolejki rosły. Z ok. 100 torebek zostały pojedyncze sztuki. Była 8:10.



Wracając do mnie.. Po wymianie z jedną miłą panią zastanawiałam się długo między szoperką a'la Zara a torbą, którą ostatecznie kupiłam. Ta druga spodobała mi się przy pierwszym przeglądaniu gazetki. Zrezygnowałam z niej, bo na zdjęciach wyglądała na dosyć błyszczącą, bardziej pasującą fasonem do starszych kobiet. Przed wejściem do sklepu byłam więc zdecydowana na szoperkę. Szybko jednak okazało się, że pierwszy wybór jest zawsze najlepszy. Torba z zameczkami wyglądała zupełnie inaczej niż a zdjęciach, przede wszystkim na większą, mniej zobowiązującą. Zdecydowałam się na nią ze względu na długie rączki. Przeciwko szoperce przemawiał zaś fakt, że... jest szoperką. Każdy zna, każdy ma - dosyć przebrzmiały temat. Poza tym wszyli do niej złote suwaki, takie same jak do karmelowej wersji, co moim zdaniem wyglądało odrobinę tandetnie. Złoto do karmelu bardzo pasuje, z czernią już się lekko gryzie.


Torba jest spora i oferuje dwie możliwości noszenia - z suwakami zapiętymi i rozpiętymi. Wg mnie to rzecz bardzo pomocna - wizerunek torby można zmieniać z dnia na dzień. Ma srebrno-złote zamki (jasne złoto, nie tak żółte jak we wcześniej opisanych szoperkach). Wnętrze jest bardzo pojemne, z trzema kieszonkami wewnętrznymi. Do torby otrzymałam przy zakupie certyfikat autentyczności, czerwony woreczek przeciwkurzowy oraz dużą torbę papierową. Obyło się bez obrażeń wojennych, bitew, rozlewu krwi, czy dzwonienia na policję - serdecznie współczuję mieszkańcom miast, gdzie dzieją się takie rzeczy. Niestety - dopóki w Polsce nie poprawią się zarobki, ludzie będą rzucać się na każdą napotkaną okazję.




Nawiązując do szumu jaki miał miejsce po akcji - chciałabym trochę złośliwie i trochę z uśmiechem opisać zachowania ludzi. Moim zdaniem można je podzielić na 4 kategorie:
1. obojętni - "nie wiedziałem, że będą, nie potrzebuję, nie interesuje mnie to"
2. szydercy - "polacy cebulaczki się rzucili na torby, polska biedota walczy o kawałek skóry"
3. zakłamani - "byłam, walczyłam i kupiłam, ale csssii, żeby znajomi nie skojarzyli - wrzucę na dno szafy, wyjmę za pół roku i będę rozpowiadać, że zapłaciłam 600zł"
i ostatni - moim zdaniem najbardziej zdrowi
4. zadowoleni - "Veni, vidi, vici!" :)



 A jak jest z Wami - do której kategorii byście się dopisali? A może udało Wam się kupić jedną z toreb dla siebie? Chwalcie się śmiało w komentarzach :)


środa, 1 października 2014

3. Praha, I'm in love cz. II

Dzisiejszy post to kontynuacja zeszłotygodniowych wspomnień z podróży. Możecie go śmiało traktować jako plan na trzydniowy pobyt w Pradze, nastawiony głównie na starą część miasta.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Starego Miasta. Znajduje się ono bardzo blisko dworca Florenc, więc wybraliśmy spacer. Pierwszym punktem naszej wycieczki była Brama Prochowa.


Jest to jeden z głównych symboli Pragi. Brama ma aż 65 metrów i robi niesamowite wrażenie. Jest jakby oderwana od rzeczywistości - z lewej przylega do niej piękny gmach Obecní dům, w którym odbywają się koncerty. Po prawej zaś rozpoczyna się ulica należąca do Nowego Miasta z restauracjami, kawiarniami i sklepami. Niemniej jednak, to właśnie Brama Prochowa przyciąga najwięcej uwagi.


Od bramy do rynku prowadzi ulica Celetná, która zachwyca pięknymi kamienicami. Każda ma swój własny charakter i urok. Część z nich została niestety zaadaptowana pod sklepy odzieżowe lub spożywcze. Można jednak trochę zboczyć ze szlaku i przespacerować się wąskimi, urokliwymi uliczkami biegnącymi równolegle, które pozostały nietknięte przez wszechobecną komercję. Polecamy zobaczyć kościół św. Jakuba oraz Tyń. Jest to jakby malutkie miasto w mieście, dawny zaułek kupców. Obecnie można tam znaleźć ciekawe konstrukcje i instalacje.


 
Nad Starym Miastem zdecydowanie góruje kościół Marii Panny przed Tynem. Imponująca budowla z dwiema identycznymi iglicami. Przez chwilę mieliśmy wątpliwości, czy do kościoła w ogóle da się wejść, bo drzwi główne ukryte są.. za dobudowaną do niej kamienicą!


Polecamy poświęcić dłuższą chwilę na zwiedzanie tej pięknej budowli. Warto też zapoznać się z legendą dotyczącą tej świątyni i pewnego złotego.. nosa ;)

Wychodząc z kościoła uwagę przykuwa pomnik Jana Husa, czeskiego reformatora. Obecnie jest remontowany. Wokół rynku znajdują się jedne z piękniejszych kamienic w Pradze. Każda opatrzona jest numerem i ma swoją własną, ciekawą historię. Wśród kamienic wyróżniają się te z numerami 13, 14, 15 i 20.



Zachodnią część rynku zajmuje Ratusz ze słynnym zegarem Orłoj. Warto zatrzymać się na chwilę, najlepiej o pełnej godzinie i podziwiać mini spektakl o historii Pragi. Mimo że założenia twórców są już nieaktualne (Ziemia w centrum Wszechświata), to zegar wciąż z niezwykłą dokładnością pokazuje godziny, daty, a nawet znaki zodiaku.



Resztę południa poświęciliśmy na spacer po uliczkach Starego Miasta. Przeszliśmy się oczywiście sławnym Mostem Karola i odpoczęliśmy na ławce przy Wełtawie. O 14 zameldowaliśmy się w hostelu, zjedliśmy coś ciepłego i ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie. Padło na Petrin - malownicze wzgórze w centrum Pragi. Polecamy kolejkę prowadzącą na sam szczyt. Najlepiej usiąść na samym dole i w czasie jazdy zachwycać się rosnącą panoramą miasta.



Na wzgórzu znajduje się piękne rosarium, obserwatorium astronomiczne, mini wieża Eiffla oraz wiele innych atrakcji. Park jest idealnym miejscem na odpoczynek po męczącym dniu wypełnionym zwiedzaniem. Aby oszczędzić siły lepiej ze wzgórza zjechać. My wybraliśmy spacer krętymi alejkami w dół i niestety odrobinę nas to przerosło ;)



Drugi dzień przeznaczyliśmy na Hradczany. Tereny zamku praskiego i podzamcze zdecydowanie zasługują na poświęcenie im dłuższej chwili. Kupiliśmy bilet  Okruh A, który umożliwił nam zwiedzenie Starego Pałacu Królewskiego, Bazyliki św. Jerzego, Katedry św. Wita, dwóch muzeów oraz Złotej Uliczki. Warto zainwestować też w bilet pozwalający na fotografowanie.




O godzinie 12 poszliśmy zobaczyć uroczystą zmianę warty pod Pałacem Królewskim. Drogie Panie - jest na co popatrzeć ;) Po widowisku zdecydowaliśmy się iść szlakiem opisanym na bilecie. Największe wrażenie zrobiła na nas katedra św. Wita. Jest z każdej strony otoczona kamienicami i zupełnie zaskakuje swoimi imponującymi rozmiarami, gdy już się pod nią stanie. Niestety mała przestrzeń nie pozwala na zmieszczenie w kadrze całej fasady.


Katedra wypełniona jest zapierającymi dech w piersiach witrażami, rzeźbami i obrazami. Z pewnością zachwyci każdego turystę. Muszę też przyznać, że potem żadna budowla nie zrobiła na mnie już takiego wrażenia.

Mimo to, Złota Uliczka, to obowiązkowy przystanek na trasie każdego zwiedzającego. Pełne uroku kolorowe domki i wąska brukowana uliczka są naprawdę warte zobaczenia. Każdy domek został zaadaptowany w inny sposób. Jedne są małymi muzeami, inne sklepami a jeden został nawet przerobiony na małe kino domowe. Kamieniczki są naprawdę małe :)

Na zakończenie pięknego dnia wybraliśmy się na grające fontanny - Křižíkova fontána. Świetny relaks podczas spektaklu wody, muzyki i świateł. Polecamy Mamma Mia we wtorki - świetna zabawa gwarantowana ;)


Ostatniego dnia szybko spakowaliśmy się i ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie. Hostel zapewnia darmową przechowalnię bagażu, odebraliśmy go dopiero przed samym wyjazdem. Wybraliśmy się na Josefov - starą dzielnicę żydowską z pięknym XV-wiecznym cmentarzem. Synagogi przerobiono na muzea, jedynie Staronova zachowała pierwotny charakter. Ogólnie dzielnica nas rozczarowała. Poza cmentarzem, który naprawdę każdy powinien zobaczyć, reszta wydaje się raczej przereklamowana. I zdecydowanie za droga.


Następnie poszlismy do słynnego pubu u Zlatého tygra. Próbowaliśmy się tam dostać pierwszego dnia, ale wieczorem nie da się tam wejsć ;) Pub ma tylko jeden rodzaj piwa, którego kufel dostaje się od razu na wejściu. Kelner rozsadza gości, aby zaoszczędzić jak najwięcej miejsca, więc mieszanka kulturowa przy jednym stoliku może być wstrząsająca. Zamiast paragonów są kartki papieru, na któych kelner kreskami zaznacza ilość wydanych kufli. Jak chce się wyjść, należy szybko odstawić podstawkę - to znak dla kelnerów, że nie masz ochoty na więcej piwa. W innym wypadku stanie przed Tobą kolejny kufel.
Na obiedzie zatrzymaliśmy się w pobliskiej restauracji - jedzenie było fantastyczne i to za niewielką cenę.



Następnie ruszyliśmy na Most Karola. Wizytówka Pragi, na której aż roi się od turystów. Podobno na moście jest pusto koło 5 rano, ale nie mieliśmy sił i chęci, żeby to sprawdzać. Warto poczytać trochę o rzeźbach i historii mostu oraz zapoznać się z legendą, czemu wszyscy głaszczą Jana Nepomucena wpadającego do wody ;)


Z Mostu Karola zeszliśmy w kierunku Małej Stranej. Malowniczej dzielnicy, w której zachwycają piękne kamienice i ogrody z lubiącymi pozować do zdjęć pawiami albinosami. Zobaczyliśmy też słynną ścianę Johna Lennona, na której zostawiliśmy po sobie mały ślad.



Na tym zakończyliśmy naszą przygodę z Pragą. Zabrakło nam niestety dnia na zwiedzenie Nowego Miasta oraz dzielnicy Žižkov. Z pewnością odwiedzimy to miasto jeszcze nie raz - Praga zasługuje na każdy dzień, jaki się jej poświęca. Miasto rozkochało nas w sobie i zostawiło wiele pięknych wspomnień. Mam nadzieję, że mój wpis pomoże komuś zachwycić się Pragą, tak jak my :)