niedziela, 16 listopada 2014

9. małe zakupy ;)

Na wstępie chcę bardzo podziękować wszystkim komentującym i obserwującym - jest mi bardzo miło, zwłaszcza, że to moje pierwsze kroki w blogowaniu. Nie macie pojęcia ile to daje motywacji i jak bardzo zachęca do dalszego pisania :)

Dzisiaj wyjątkowo smutna i szara niedziela, ale dzielnie walczę z chandrą za pomocą dobrej kawy i małych orzechowych słodkości. W ramach tej walki postanowiłam też podzielić się z Wami moimi kosmetycznymi zakupami z zeszłego tygodnia. Na pierwszy ogień kolorówka:


Pewnie niektóre z Was słyszały od swoich Mam o firmie Yardley i ich słynnym pudrze. Produkt już wielokrotnie zmieniał nazwę, obecnie występuje w ofercie mayfair. Jednak na przestrzeni lat Feather Finish pozostał niezmienny. Piękny zapach, aksamitne wykończenie i wydajność to zalety tego produktu. Pięknie kryje, czasem nawet lepiej niż wiele dzisiejszych podkładów. Nie można jednak przesadzić, bo lubi robić się pomarańczowy. Jednak stosowany z umiarem zapewnia piękne wykończenie makijażu.


W eleganckim granatowym opakowaniu znajdziemy najlepszą gąbeczkę pod słońcem. Stosowałam już kilka pudrów z załączonymi aplikatorami, ale żaden nie sprawdzał się tak dobrze. Od sprasowanego pudru oddzielona jest folią, więc puder niepotrzebnie się nie ściera. Uwaga! Lubi się kruszyć, ale to chyba wada wszystkich tego typu pudrów.

Kolejny zakup to eyeliner Rimmel Scandaleyes w pisaku. Wcześniej miałam jego inną wersję, bo ze stożkowym, ściętym pisakiem. Teraz natomiast w ofercie jest pisak podobny do zwykłych zakreślaczy - skośnie ścięty, co umożliwia malowanie grubszej lub cieńszej kreski, w zależności od upodobań. Kupiłam go na zapas w promocji Rossmanna, ale na pewno doczeka się tutaj pełnej recenzji.


Nabyłam jeszcze dwa produkty do pielęgnacji - peeling do twarzy i krem do rąk. Peeling ze znanej nam już firmy Rival de Loop (recenzję kremu na dzień znajdziesz tu). Peeling Clear&Care w żelu do mycia twarzy przeznaczony jest do cery suchej i wrażliwej. Zawiera w swoim składzie pantenol i ekstrakt z moreli. Dzięki temu ma dość specyficzny zapach, ale na szczęście znika wraz ze zmyciem do z twarzy. Jak wszystkie kosmetyki z Rival de Loop nie zawiera parabenów, silikonów i był przetestowany dermatologicznie.



Na koniec - krem do rąk Skinea. Jest to dla mnie nowość. Pięknie pachnie rumiankiem, ma delikatną, lekką konsystencję. Szybko się wchłania, co jest dla mnie niebywałą zaletą, gdy w biegu potrzebuję szybkiego nawilżenia dłoni. Oprócz wspomnianego rumianku zawiera też masło shea, prowitaminę B5 i glicerynę. Produkt jak najbardziej godny uwagi.

Zakupy może i skromne, ale łączny koszt nie przekroczył 35zł, więc zaliczam je do bardzo udanych ;) Macie może któryś z tych produktów? Jak Wam się sprawują? :)


Miłej niedzieli wszystkim!

niedziela, 2 listopada 2014

8. FitMe!




Przedstawiam Wam maluszka od Maybelline - FitMe 2w1. Tym oto sztyftem zaskoczył mnie kurier w czwartkowy wieczór. Okazało się, że redakcja Wizażu wybrała mnie jako jedną ze 100 osób, które będą mogły przetestować ten podkład. Jak reklamuje go producent?


NAJŁATWIEJSZA APLIKACJA, DOPASOWANIE I MATOWIENIE W JEDNYM

EFEKT
Naturalne, matowe wykończenie makijażu, gdziekolwiek jesteś

DZIAŁANIE
  • Podkład w sztyfcie o podwójnym działaniu i łatwej aplikacji
  • Podkład o kremowej formule dla idealnego rozprowadzenia
  • Wkład pudrujący dla matowego wykończenia


Podkład dostępny jest w 4 odcieniach: 120 Classic Ivory, 130 Buff Beige, 220 Natural Beige i 250 Sun Beige - dwa jasne i dwa ciemne. Bałam się, że 120stka będzie dla mnie wciąż za ciemna, ale okazało się, że podkład świetnie wtapia się w skórę, ma jakby jedwabiste wykończenie i absolutnie się nie odcina. A wręcz przeciwnie - skóra wygląda zdrowo i promiennie, jakby była muśnięta słońcem.




Forma sztyftu jest rzeczywiście zaskakująca. Podkład ma dwie składowe - na zewnątrz właściwy podkład w danym kolorze, a wewnątrz wkład pudrujący. Obawiam się jednak, że z racji odmiennych konsystencji nie będą się one zużywać równomiernie. Siłą rzeczy - wkład pudrujący jest twardszy, bardziej zbity, więc będzie go zostawało więcej niż miękkiej, łatwo ścieralnej otoczki podkładu. Sztyft wykręca się łatwo, jest go ok. 2,5cm. Na jedną aplikację zużywa się ok. 1mm, więc liczę na to, że będzie wydajny ;)




Jak już wspominałam, konsystencja bardzo mi odpowiada. Nakłada się go jak barwy wojenne, co może wyglądać wyjątkowo komicznie dla osób wokół. Podkład rozsmarowuje się jak delikatny puder, naprawdę świetna sprawa. Krycie jest dostateczne, ale może się nie sprawdzić u osób z problematyczną cerą. Efekt zmatowienia trzyma długo. Wielki plus dla mnie - nie wysusza i nie akcentuje suchych, odstających skórek na nosie. Jest bardzo lekki, nie zapycha i nie uczula.




Paczuszka przyszła bardzo dokładnie zapakowana. Kurier przyniósł niewielką kopertę bąbelkową a w niej kartonik z podkładem. 




Na początku podchodziłam bardzo sceptycznie, do samych testów zgłosiłam się z czystej ciekawości. Ale przyznam, że produkt bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Idealnie pasuje do dziennego makijażu - lekka formuła, dobre krycie, ale bez efektu maski, wygodne, małe opakowanie.. Może nawet służyć jako awaryjny "poprawiacz" w ciągu dnia. Zapewnia bardzo delikatny efekt, lekko zmatowiony.  Gdy chcemy uzyskać mocniejsze krycie, barwy ochronne wystarczy nałożyć drugi raz ;)